Decyzję zarządu/właścicieli Liverpoolu bez wątpienia uprawniają tegoroczne wyniki drużyny kastylijskiego trenera. Siódme miejsce w lidze, szybkie odpadnięcie z Ligi Mistrzów, brak sukcesów w krajowych pucharach - na to pogrążony w ogromnych długach klub nie może sobie pozwolić. Z drugiej strony - na ile w tym winy Beniteza? Na to ugruntowane zdanie może posiadać zaledwie kilkadziesiąt osób.

Przed rokiem sytuacja w klubie zdawała się wyglądać zupełnie inaczej. To, że w ciągu pięciu lat pod wodzą Hiszpana zespół nie zdobył mistrzostwa, ogromne zadłużenie, nie przyciągały wzroku - bo było bardzo dużo nadziei. W rezultacie Benitez dostał nowy kontrakt, w którym hojnie zapisano klauzulę o wypłaceniu całości należnego wynagrodzenia w przypadku przedwczesnego zwolnienia. Nie dostał budżetu na wzmocnienia i co prawda ściągnął Johnsona, Kyrgiakosa, Aquilaniego i Rodrigueza, ale tylko dzięki odejściu Alonso, Arbeloi, Woronina.

Udało się zatrzymać na Anfield kilku innych kluczowych piłkarzy, ale ten sezon nie był tak udany jak poprzedni dla Gerrarda, Torresa, Kuyta i Mascherano. Brakowało wsparcia innych zawodników, które powinno było pokryć spadki formy liderów. Szanse na mistrzostwo i Ligę Mistrzów zgasły bardzo wcześnie. Mimo to Benitez prowadził zespół do końca sezonu - i zdołał podciągnąć zespół tylko na siódme miejsce. Z obiecujących ale mało doświadczonych graczy jak: Lucas, N’Gog, El Zhar czy Insua nie wyrosły wiodące postaci. To na pewno można zarzucić Benitezowi.

Odejście z Liverpoolu na pewno wyjdzie na dobre jemu samemu. Do myślenia daje to, że zatrudnić “zawodzącego” na Anfield trenera chcą Juventus i Inter. Jeszcze rok temu był faworytem do pracy w Realu. To współgra z faktem, że jego ostatni pracodawca nie zdołał zdobyć mistrzostwa Anglii nie tylko przez ostatnie sześć lat - ale dwadzieścia. Z właścicielami nie mającymi pojęcia o “soccerze”, pakującymi w klub milionowe długi, perspektywą odejścia najdroższych graczy i przycinaniem transferowych możliwości do finansowej rzeczywistości, czerwonych fanów z Merseyside czeka bardzo smutne lato.

Jak zwykle w takich przypadkach, najważniejsze pytanie brzmi: kto się pojawi. Roy Hodgson to jak na Anglię wyjątkowo egzotyczny szkoleniowiec, ale z Fulham dokonał cudów i niekoniecznie będzie oczekiwał od właścicieli tak wielkiego pola manewru jak Benitez. O’Neill ponoć też wchodzi w grę, ale trudno się spodziewać by zamienił w miarę stabilną finansowo, rozwijającą się Aston Villę na rzecz wielkiego wyzwania na Anfield. Być może idealnym rozwiązaniem będzie Kenny Dalglish, który może przypomnieć kibicom wspaniałe lata - ale nie wiadomo, czy czuje się na siłach.

Tak czy inaczej, w Liverpoolu dobiegła kresu era Beniteza. Przed powracającymi z urlopów piłkarzami nieznane wyzwania.

Skomentuj:
treść komentarza:
kto pisze:
email (nie wyświetlany):
strona www: