Gdyby padł remis, każdy z piłkarzy Barcelony zapamiętałby go do końca życia. Nie co dzień zdarza się bowiem grać o mistrzostwo, dominować na boisku prowadzić trzema bramkami i potem zupełnie stracić kontrolę nad meczem. To właśnie przytrafiło się zespołowi Guardioli, ale miał na tyle szczęścia, że Sevilli nie udało się zremisować a sędzia nie odgwizdał karnego po faulu Pique na Kanoute.
Oczywiście Barcelona mogła wygrać nie 3:2, ale na przykład 5:0. Pierwszą rozsądną akcję Andaluzyjczycy przeprowadzili dopiero w ostatnim kwadransie pierwszej polowy. Wcześniej dominowali gości - zarówno szybko i pomysłowo grając w ataku, jak i bez problemu przerywając akcje Sevilli. Już w 5. minucie gola strzelił Messi, a wypracował ją fantastycznym podaniem Maxwell. Od tej akcji zaczął się koszmar środkowych obrońców z Sanchez Pizjuan - zagrali fatalny mecz i właściwie sami stwarzali okazje strzeleckie dla przyjezdnych napastników. Zresztą Fazio grał tylko do 26. minuty - potem skręcił kostkę i musiał go zastąpić Squillaci.
To była Barcelona w wysokiej formie i kreatywna - mimo braku Iniesty w pomocy. Najważniejsze było jednak to, że świetnie w ataku spisywali się Pedro i Bojan. Obaj nie tyle popisywali się umiejętnościami, co efektywnie pracowali dla drużyny - i obaj strzelili po bramce. Pierwszy z nich jest w wysokiej formie już od długiego czasu - na tyle długiego, że zapewne pojedzie na mistrzostwa świata. Drugi do tej pory nie sprawdzał się w meczach ligowych - ale w ostatnich trzech strzelił trzy bramki. W Sewilli jak zwykle dobrze grali Xavi, Pique i Daniel Alves. Maxwell dobrze grał do przodu, ale z jego gry defensywnej trener był na tyle niezadowolony, że w drugiej połowie na boisko wszedł Abidal.
Swoją dobrą grą napastnicy Barcelony wykreowali bohatera meczu. Co prawda wielokrotnie na ich drodze do bramki stał już tylko Palop, ale właśnie z jego pokonaniem mieli wielkie problemy. Andaluzyjski bramkarz samego tylko Messiego pokonał w pojedynkach trzykrotnie. Poza tym zapobiegł też bramkom, które mogli strzelić Pedro, Bojan, Xavi. Jeśli jest to pewien powód do radości dla kibiców Sevilli, z drugiej strony powinni zwrócić uwagę na fatalną formę obrońców. W tym meczu wystarczał prosty drybling i wymiana trzech podań przez Barcelonę, by któryś z napastników miał w polu karnym kilka metrów tylko dla siebie. Bardzo słabo grali Capel i Navas, do których zresztą w ogóle nie docierały podania.
Na początku drugiej połowy, przy stanie 0:2, z boiska wyleciał za drugą żółtą kartkę Konko. Od tego momentu Barcelona jeszcze wyraźniej dominowała na środku pola i grała zbyt szybko jak na możliwości gospodarzy. Po godzinie gry było 0:3, ale dziesięć minut później już tylko 2:3. Najpierw po podaniu Luisa Fabiano Kanoute uciekł Puyolowi w polu karnym, potem drugi z napastników Sevilli wykorzystał niewytłumaczalne zagapienie się Xaviego przy rzucie wolnym i spokojnie pokonał Valdesa. Po tym golu było widać strach w każdym zagraniu gości. Darowali sobie kreatywność i grali na czas, by tylko utrzymać jednopunktową przewagę nad Realem. Udało się, choć z drobną pomocą sędziego.
Pellegrini mówił w piątek, że mistrzostwo rozstrzygnie się w tej kolejce i trudno nie przyznać mu racji. Za tydzień jego zespół gra na wyjeździe z Malagą a Barcelona u siebie z Valladolid. Pewnie są w Hiszpanii jacyś fanatycy Javiera Clemente, którzy wierzą że w ostatniej kolejce podaruje on mistrzostwo Realowi. Można jednak przyjąć, że mistrza 2009/2010 poznaliśmy już dziś.