Podczas gdy oczy większości europejskich kibiców były zwrócone na bardzo ciekawie zapowiadające się mecze Manchester City - Everton czy Barcelona - Osasuna, niemal groteskowe wiadomości przyszły z Paisley w Renfrewshire w Szkocji. Celtic, który próbował utrzymać przy życiu nadzieję na mistrzostwo, przegrał z St. Mirren… 0:4.
Racja, powalające są przede wszystkim rozmiary zwycięstwa walczącego o utrzymanie klubu z gigantem szkockiej piłki, ale też sam fakt wygranej jest ogromną niespodzianką. Konkretniej: piłkarze nazywani żartobliwie “The Buddies” nie pokonali u siebie “The Bhoys” od 21 lat. Ich wygrana przyszła po trzech meczach Celtiku bez straty gola, mimo (a może dlatego) że goście kończyli mecz z sześcioma napastnikami w składzie.
Bohaterem wieczoru był środkowy pomocnik Andy Dorman, który z reprezentacyjnych przyjemności zaznał tylko gry w walijskiej młodzieżówce, a później przez cztery lata grał w amerykańskiej MLS. To był pewnie wieczór życia tego gracza, który trzy razy pokonywał rezerwowego zwykle polskiego bramkarza Celtiku, Łukasza Załuskę.
Kibice gości na koniec oczywiście wygwizdali swoją drużynę, a kibice St. Mirren śpiewali, że… “4:0 to za mało…” (w szkockiej wersji). Najbardziej zmartwiony powinien być jednak Tony Mowbray, który nie zdoła zmienić biegu historii. Celtic ostatni tytuł wywalczył w 2008, w tej chwili mają już szansę tylko na Puchar Szkocji, na europejskim froncie nie grają już od grudnia 2009. Tym samym Mowbray, który przez trzy lata w W.B.A. balansował między Premier League a Championship, znów nie ma szans na naprawdę spektakularne sukcesy. Zresztą już najbliższe dni mogą przynieść jego zwolnienie.
Tymczasem w bardziej szanowanych ligach, Everton po raz w drugi w sezonie pokonał MC i na dodatek sprawił, że podopieczni Manciniego nie są już niepokonaniu u siebie. Końcówkę zarówno Włoch, jak i Moyes, oglądali z trybun, po zamieszaniu przy ławkach rezerwowych. Tottenham awansował do półfinału FA Cup i Redknapp spotka się w nim z Portsmouth Granta, któremu będzie kibicowała cała Anglia.
W Hiszpanii David Villa (ponoć w końcu zdecydował się zarabiać kilka razy więcej w Anglii) znów dał zwycięstwo Valencii, a Barcelona pokonała Osasunę 2:0. Tym razem nie było nawet jednej bramki Messiego (po dwóch hat-trickach z rzędu), fantastycznych zagrań, za to ciekawy mecz - przede wszystkim dzięki dobrej postawie gości. We czwartek mecz Realu z Getafe - który mógłby (tak, mogę to sobie wyobrazić) mieć kluczowe znaczenie dla przebiegu sezonu.