Moyes to nowy Ferguson? Może to dużo za dużo powiedziane, ale zespół kolejnego Szkota ma w sobie coś, co wielokrotnie pozwalało wygrywać MU walkę z równorzędnymi lub nawet mocniejszymi na pierwszy rzut oka rywalami. Tym razem prowadzenie nie dało wygranej drużynie z Old Trafford. Everton zdominował środek pola, a potem wykorzystywał potknięcia przeciwnika - właśnie jak zwykle robią to gracze Fergusona.

Czym wygrali gospodarze? Na pewno ogromnym zaangażowaniem i walką na całego. Pod tym względem przeciwnicy z Manchesteru wyglądali znacznie gorzej, zresztą nic dziwnego - z pomocników tylko Valencia nie wyszedł w pierwszej jedenastce na mecz z Milanem. Goście atakowali bez pomysłów i zbyt szybko tracili piłkę - co było konsekwencją aktywności pięciu zawodników Moyesa w środku pola. Everton miał zdecydowaną przewagę w posiadaniu piłki i robienia użytku ze skrzydłowych. Donovan i Biliajetdinow zbiegali zresztą w odpowiednich momentach do środka boiska - z czym nie radzili sobie Brown, Evans, Fletcher i Carrick.

Jeszcze jedno podobieństwo w filozofii prowadzenia zespołu Fergusona i Moyesa: w kadrze tego drugiego niemal każdy zawodnik może grać na dwóch pozycjach, szczególnie dotyczy to pomocników. Tym razem Neville wrócił na prawą obronę, a rolę defensywnych pomocników spełniali Arteta i Osman, którym zdarzało się już grać na boku i znacznie bliżej ataku niż obrony. Zabrakło Cahilla, więc za Sahą zastąpił go ostatnio lewoskrzydłowy Pienaar, z kolei przy lewej linii biegał Donovan, który może być napastnikiem lub rozgrywającym. Nie grał też Fellaini (ofensywny/defensywny pomocnik) i tylko Biliajetdinow standardowo był prawoskrzydłowym. Przy tak płynnych zmianach pozycji, tylko ci, którzy byli na odprawie przed meczem wiedzą, kto gdzie gra.

Everton: Howard - Baines, Distin, Heitinga, P. Neville - Osman, Arteta - Donovan, Pienaar, Biliajetdinow - Saha


Manchester: Van der Sar - Evra, Brown, Evans, G. Neville - Fletcher, Carrick - Park, Valencia - Berbatow - Rooney


poziom meczu: 5/6
najlepszy na boisku: Steven Pienaar

Można chwalić zawodników Evertonu, ale trzeba też wyróżnić ich szefa. Moyes posłał na boisko z ławki Goslinga, a potem Rodwella i pierwszy z nich w odpowiednim momencie strzelił z bliska po podaniu Sahy, a drugi w trzydziestometrowym rajdzie “wkręcił w ziemię” Evansa, a potem nie dał szans Van der Sarowi. Biliajetdinow na początku meczu wyrównał na 1:1 strzałem w krótki róg, wykorzystując brak zdecydowania Browna. Wcześniej Berbatow dał MU prowadzenie po centrze Valencii i błędzie Distina. Pod nieobecność Vidicia i Ferdinanda obrona gości nie prezentowała się solidnie i właściwie jedynym solidnym punktem był Evra. Wejście na boisko Scholesa, Owena i Obertana nie dało zespołowi potrzebnego zastrzyku energii.

Everton nie ma potencjału na walkę o mistrzostwo, ale przy dużym szczęściu mógłby zająć 4-5 miejsce - gdyby wystartował lepiej w tym sezonie. W składzie Moyes ma zawodników, którzy pokazują lub pokazywali w swoich karierach dobrą grę, problem w tym, by wszyscy jednocześnie grali bardzo dobrze - tak jak w tym meczu. Poza tym piętą Achillesa tego zespołu są kontuzje, które w poprzednim sezonie pozbawiły “Toffees” wszystkich napastników. Przed walką o Ligę Mistrzów Moyes musi wzmocnić atak, prawą i ewentualnie też lewą obronę. Zarząd z kolei powinien dbać o swojego menedżera - bo niedługo może go zaprosić do pracy bogatszy klub.

Skomentuj:
treść komentarza:
kto pisze:
email (nie wyświetlany):
strona www: