Jak dobrze wiedzą telewizyjni komentatorzy, w każdej lidze piłkarskiej jest przynajmniej jeden zespół, który zawsze potrafi zaskoczyć sposobem przegrywania. We Francji bezsprzecznie jest to PSG i w meczu u siebie przeciwko Monaco ta drużyna pokazała, czemu praca trenera Koumbare jest tak trudna i niewdzięczna.
Przez większą część spotkania gospodarze zdecydowanie przeważali i mieli przynajmniej pięć dobrych sytuacji do strzelenia bramki. Jedną za drugą marnował Lyundula, dla którego pewnie będzie to jeden z gorszych meczów w karierze. Monaco, wobec bardzo słabej postawy środkowych obrońców, przed stratą bramek ratował bramkarz Ruffier, najlepszy gracz na boisku. Z kolei golkiper PSG, kameruński Ormianin Edel, strzelił jednego ze śmieszniejszych/najbardziej żałosnych samobójów w kilku ostatnich latach.
W pierwszej połowie Monaco miało okazję do zdobycia prowadzenia dwa razy. Najpierw Park, czekający przez cały mecz z przodu na podania, już w pierwszej połowie strzelił głową obok bramki. Bliżej był kwadrans później Nene, ale zamiast 13. gola w sezonie, zobaczył jak po pięknym strzale fałszem piłka odbija się od słupka. Poza tymi epizodami, przed przerwą koncert nieskuteczności dawał Lyundula, który nie trafiał głową, lewą i prawą nogą, po podaniach z obu stron pola karnego i prostopadłych. Nie można powiedzieć że grał źle, bo świetnie się ustawiał w polu karnym. Wykorzystywał też powolność Puygreniera i zupełny brak orientacji Mongongu. Jeśli jednak napastnik ma zdobywać bramki, w tym meczu Lyundula nie był dobrym napastnikiem.
Mniej widoczny był Erding, którego pewnie bardziej obawiali się i pilnowali piłkarze Lacombe’a. Turek starał się rozgrywać, schodził do boków, ale pod bramką nie stwarzał sobie okazji. Dobrze grali za to przez cały mecz na skrzydłach Giuly i Chantome. Szczególnie pierwszy z nich często mądrze centrował i rozgrywał piłkę krótkimi podaniami, co rozbijało obronę Monaco. Aż dziwne, że tak dynamiczny zawodnik nie został w grze do ostatniego gwizdka. Środkowi pomocnicy PSG bardzo rzadko dokładali cokolwiek do gry w ofensywie. Po drugiej stronie boiska dobrze grał do przodu Nene. W środku pola akcje gospodarzy często przerywali Perez i Costa.
W drugiej połowie przez pewien czas było nudno, ale 68. minuta przyniosła moment, który Edel zapamięta na długo. W pole karne chciał wejść Nene, ale zdołał tylko zgrać piłkę na lewo do Muratoriego, który dośrodkował po ziemi. Piłka nie była mocna i bramkarz PSG powinien był ją bez problemu złapać. Schylił się jednak na wyprostowanych nogach i w momencie gdy miał piłkę między rękami, odbiła się ona od jego lewej nogi i wpadła do bramki. Z jednej strony było to apogeum niezdarności, z drugiej - wyobrażam sobie, jak wściekli byli kibice z Paryża.
Do końca meczu jeszcze kilka razy w kluczowych momentach wykazywał się Ruffier (po części dlatego, że przeciwnicy trafiali w niego piłką), Giuly ostrzelał poprzeczkę, ale trzy punkty pojechały nad Morze Śródziemne. Po raz nie wiadomo który w ostatnich latach, plany PSG o grze w pucharach europejskich zdezaktualizowały się bardzo szybko. Tym bardziej trzeba będzie cenić tego, kto z tym zespołem osiągnie rzeczywiście coś. Koumbare to raczej nie będzie.