Bundesliga chwali się najwyższą średnią bramek i widzów przypadających na jedno spotkanie. Ten mecz był jednak przykładem na słabość niemieckiej piłki, jej uboższej i mniej przyjaznej kibicowi wersji. Oba zespoły męczyły się od początku do końca, z trudem tworząc jakiekolwiek sytuacje pod bramkami przeciwnika.
Nic dziwnego: HSV z jednego z najefektowniej grających zespołów Bundesligi przeistoczył się w bardzo nieruchawą jedenastkę pod wpływem braków kadrowych. Bruno Labbadia nie mógł skorzystać z siedmiu podstawowych, kontuzjowanych graczy. Ich zastępcy w ofensywie: Jansen, Tesche i Berg, zaprezentowali się słabo. Niemal niewidoczny był też Trochowski, którego niekonwencjonalnych podań bardzo brakowało.
Hamburczycy chyba najlepszą okazję w całym meczu mieli w pierwszym kwadransie, kiedy po pięknym podaniu Berga na pole karne niepilnowany wbiegł Jarolim. Czech źle przyjął jednak piłkę i nie oddał strzału. Z kolei najładniejszą akcję meczu rozegrali goście niedługo przed przerwą: z klepki/piętą rozegrali piłkę Ba i Obasi, ale centra Weisa była zbyt głęboka i Carlos Eduardo do niej nie zdążył. Pod koniec pierwszej i drugiej połowy przeważali piłkarze TSG.
Po przerwie mecz był jeszcze gorszy. Gra była przerywana faulami co kilkanaście sekund, a sędzia za bardzo oszczędzał winowajców. W grze HSV wyraźnie brakowało kreatywnego zawodnika w środku pola, takiego jak choćby Ze Roberto. Tesche starał się być ruchliwy, często schodził na boki, ale dla jego zespołu niewiele z tego było korzyści. W 65. minucie piłkarze Rangnicka byli znów bliscy objęcia prowadzenia. Po centrze Obasiego Salihovic był wolny na polu karnym i strzelił z pierwszej piłki - celnie ale zbyt lekko jak na Rosta.
Zmiany nie wniosły niczego nowego i mecz skończył się bez bramek. Kapitan gości jeszcze raz mógł zdecydować o ich zwycięstwie w 78. minucie, kiedy po świetnej kontrze strzelał w krótki róg, zamiast podać do środka do nieobstawionego Ba. Rost po raz ostatni uratował HSV w doliczonym czasie gry i zasłużył an tytuł piłkarza meczu.