Przed rokiem mecz tych dwóch zespołów byłby wielkim wydarzeniem. Dziś oba próbują się wydobyć z kryzysu i wrócić do dawnej chwały. W tym spotkaniu Espanyol był w stanie zaprezentować solidną obronę i kilka ładnych akcji bokiem Valdo. Sevilla miała z gry znacznie, więcej, a poza tym dwóch robiących wiele szumu skrzydłowych. To właśnie zdecydowało o wyniku.
Po słabej grze Adriano i Piattiego na stadionie Betisu, trener Jimezez przeciwko Espanyolowi wystawił Capela i Jesusa Navasa. Obaj wykonywali swoją robotę dobrze, szczególnie ten drugi. Capel jak zwykle bardzo dużo i szybko biegał, ale często jego akcje kończyły się niecelnymi podaniami lub dobrymi interwencjami obrońców. Gra drugiego ze skrzydłowych była znacznie bardziej urozmaicona: schodził do środka, starał się strzelać, dokładnie centrował.
Właśnie po centrze Jesusa Navasa w 57. minucie padł pierwszy gol: piłka odbiła się od nieco skołowanego Capela i spadła na głowę Mareski, który mocno strzelił zaraz przy słupku. Gola być może by nie było, ale piłkę wbił sobie sam do siatki Kameni. Drugi gol padł na pięć minut przed końcem już po bezpośredniej asyście Jesusa Navasa - w polu karnym nikt nie pilnował Chevantona, który spokojnie strzelił obok Kameniego.
Espanyol najlepszą okazję miał krótko przed przerwą po dynamicznym wejściu swojego najlepszego gracza Valdo prawą stroną i przepuszczeniu dośrodkowania przez Jonathana. Strzał Luisa Garcii (raczej mało aktywnego) przeleciał wysoko nad poprzeczką. Zespołowi brakowało jednak ofensywnej gry. W tym nieco lepsi byli gospodarze, w których zespole w akcje ofensywne włączał się Maresca, a także boczni obrońcy: Fernando Navarro i Mosquera (musiał zejść po chamskim faulu Chiki). Mimo to nie był to jeszcze styl porównywalny z “tamtą” Sevillą.
W Espanyolu dobrze grali na środku obrony Jarque i Pareja. Wiele razy interweniowali pewnie we własnym polu karnym, ale też dopuścili do strzelenia bramek właśnie stamtąd.