Tydzień po rozpoczęciu sezonu można było porównać ten mecz z występami obu zespołów w pierwszej kolejce. Obrońcy tytułu zanotowali postęp - przede wszystkim dlatego, że wywalczyli trzy punkty. Zagrali też ładniej niż z Newcastle. Portsmouth przegrało niżej niż z Chelsea - ale u siebie. Harry Redknapp nie może swoich podopiecznych pochwalić za jakikolwiek postęp w grze.
Impuls do pozytywnej zmiany w ofensywie gospodarzy dał przede wszystkim Carlos Tevez. Wygląda na to że z Waynem Rooneyem rozumieją się bez słów a powracający z olimpiady Argentyńczyk doskonale wpasował się w system gry z cofniętym napastnikiem - pojawiał się na obu skrzydłach, szukał podaniami partnera z ataku i grających tym razem półprawego i półlewego pomocnika Darrena Fletchera i Paula Scholesa. U Rooneya też można było zobaczyć znaczny postęp w porównaniu z meczem z Newcastle - był niemal zawsze tam gdzie powinien, strzelił nawet bramkę - bez powodu nie uznana przez sędziego. W drugiej połowie był faulowany na polu karnym - ale i w tym przypadku Chris Foy podjął krzywdzącą go decyzję.
Bramka dla gości padła po ładnym prostopadłym podaniu Teveza i wejściu Evry lewą stroną. Francuz podał do środka, gdzie Sylvain Distin i Sol Campbell uprzedzili Darrena Fletchera. Zrobili to tak nieudolnie że David James musiał wyjąć piłkę z siatki. W ogóle po raz kolejny obrona Portsmouth zaprezentowała się bardzo niepewnie, mimo że menedżer zmienił jej ustawienie w porównaniu z meczem na Stamford Bridge.
Pozytywem dla Redknappa może być gra ofensywna Lassany Diarry, wysoka forma Glenna Johnsona i aktywność Jermaina Defoe. Niestety jego partner z ataku Peter Crouch po raz kolejny zagrał bardzo słabo. Widać że w grze w ataku temu zespołowi bardzo brakuje typowych skrzydłowych. Papa Bouba Diop tylko w niewielkim stopniu wypełnia lukę po odejściu Sulleya Muntariego do Interu.